Osiem remisów i przygaszony ogień: czy taktyczna ostrożność Mateusza Stolarskiego dusi „charakter Widzewa”?
Bądźmy ze sobą szczerzy: osiem remisów w dwunastu meczach to żadna „stabilizacja” – to powolne, bolesne marnowanie potencjału drużyny, która powinna walczyć o najwyższe cele.
Kiedy miliarder Robert Dobrzycki przejmował klub, nie inwestował milionów po to, by Widzew Łódź snuł się po boiskach Ekstraklasy, „wyszarpując” remisy 1:1 i zadowalając się 14. miejscem w tabeli. Gdy Karol Świderski odrzucił oferty z zagranicy, by założyć czerwono-biało-czerwoną koszulkę, z pewnością nie marzył o tym, by w skrajnie zachowawczym systemie gry być osamotnionym w ataku i ścigać przypadkowe, długie piłki.
Taktyczny plan Mateusza Stolarskiego stał się boleśnie przewidywalny. Owszem, Widzew jest trudny do pokonania – defensywna struktura pozwala utrzymać się na powierzchni. Istnieje jednak cienka granica między taktyczną dyscypliną a zwykłym strachem przed porażką. Dysponując w ofensywie zawodnikami takimi jak szybki Stipe Biuk czy kreatywny Darian Males, zespół pod wodzą Stolarskiego prezentuje się zaskakująco pasywnie. Zamiast dyktować warunki w „Sercu Łodzi”, drużyna wycofuje się, gra asekuracyjnie i dusi własną tożsamość ofensywną.
„Charakter Widzewa” to bezwzględna, proaktywna i ofensywna pewność siebie. Obecnie zespół gra jak typowy średniak, któremu wystarcza samo przetrwanie. Kadra jest zbyt utalentowana, zaplecze finansowe zbyt solidne, a kibice zbyt oddani, by musieli znosić kolejne 90 minut podań w poprzek boiska.
Stolarski ma odpowiednie narzędzia i pełne wsparcie. Jeśli jednak nie potrafi zwolnić taktycznego hamulca ręcznego i uwolnić potencjału zawodników pokroju Świderskiego, ambitny projekt Dobrzyckiego będzie wymagał trenera, który będzie do tego zdolny.
