TO NAWET NIE TRANSFER: Kibice Wisły ujawniają WSTYDLIWĄ burzę medialną o nazwę stadionu – a wizyta Wrexham skrywa o WIELE WIĘKSZY problem!
Jeśli mrugnąłeś, przegapiłeś prawdziwą historię. Gdzieś pomiędzy histerycznymi nagłówkami a tanim clickbaitem w stylu „Hollywood kontra historia”, kibice Wisły Kraków zostali zmuszeni do zrobienia czegoś, czego nigdy nie powinni robić: wyjaśnienia, dlaczego nie protestują.
Powiedzmy sobie jasno. Stadion Henryka Reymana nie jest „zmieniany”. Nie został „sprzedany”. Na fasadzie nie ma żadnego napisu „Stadion Dobrych Chęci”. Prawa do nazwy – należące obecnie do greckiej firmy bukmacherskiej – po prostu przeszły w ręce innego sponsora.
To wszystko.
Ale nie można tego wywnioskować z relacji. Międzynarodowe media, upojone bajką o Wrexham, przez tydzień przedstawiały Wisłę Kraków jako rozbity klub, który sprzedał duszę za epizod z Ryanem Reynoldsem. Sugestia? Że Polacy tak desperacko szukają uznania, że zamieniliby wspomnienia swoich dziadków na hollywoodzki retweet.
To protekcjonalne. To lenistwo. I zupełnie nie o to chodzi.
—
„SKANDAL”, KTÓREGO NIE BYŁO
Przeanalizujmy fakty. Stadion Wisły nosi nazwy sponsorów od 2014 roku. Przez lata był to „Stadion Miejski im. Henryka Reymana”, sponsorowany przez tę czy inną markę – ostatnio grecką firmę bukmacherską. Kiedy ta umowa wygasła, pojawił się nowy partner: polska sieć supermarketów „Dobre Dobra”.
Ich inicjatywa społeczna „Dobre Chęci” nadała stadionowi teraz miano sponsora. I tyle. I tyle. Nazwisko Henryka Reymana pozostało. Nazwa „Stadion Miejski” pozostała. Nic nie zostało wymazane.
A jednak nagłówki krzyczały: „Wisła Kraków zmienia nazwę stadionu na wizytę w Wrexham!” „Hollywood kupuje polską historię!”
Jeden brytyjski tabloid twierdził nawet, że klub „wykreślił” nazwisko Reymana. To nie dziennikarstwo. To firma produkcyjna pisząca własny komunikat prasowy, a czwarta władza sumiennie go przepisuje.
Kibice Wisły nie „zaakceptowali” tej zmiany. Nikt ich o to nie prosił. Bo nie było czego akceptować. To sponsoring. To się zdarza w każdym klubie, w każdym sezonie, od Krakowa po Kansas.
—
PROBLEM PROTETYCZNEGO HOLLYWOOD
I tu zaczyna się robić niezręcznie.
Wrexham przyjeżdża w tym tygodniu do Krakowa na mecz towarzyski. To uroczy mecz dwóch historycznych klubów z żarliwym dopingiem. Na papierze to celebracja futbolu.
Ale narracja wokół tego meczu stała się mdła. Nie jest przedstawiana jako Wisła Kraków – 19-krotny mistrz Polski, półfinalista Pucharu Europy, klub z duszą, który otarł się o śmierć – goszczący szanowaną drużynę League One. Jest przedstawiana jako Wrexham łaskawie raczące odwiedzić urokliwe prowincjonalne muzeum, a Wisła powinna być wdzięczna za rozgłos.
Kontrowersje wokół stadionu idealnie wpisują się w tę narrację. Sugestia: ci biedni Polacy potrzebują Hollywood, żeby nauczył ich zarządzać klubem piłkarskim. Nieważne, że kibice Wisły dosłownie odbudowali swój klub po bankructwie. Nieważne, że rodzina Reymanów publicznie poparła umowę sponsorską. Nieważne, że własny stadion Wrexham – kultowy Racecourse Ground – od lat nosił nazwy sponsorów, w tym, ironicznie, kryptowalutowe przedsięwzięcie wspierane przez Crispina Glovera.
Gdzie było wtedy oburzenie? Gdzie były felietony o „wymazywaniu historii”?
—
PRAWDZIWY PROBLEM
Bo oto prawda, której nikt nie chce wypowiedzieć na głos.
Prawdziwym skandalem nie jest to, że Wisła Kraków przyjęła sponsoring. Prawdziwym skandalem jest to, że polski klub goszczący angielską drużynę jest traktowany jako działalność charytatywna, a nie jako legalny mecz piłkarski.
Obserwujemy całkowitą rekolonizację europejskiej piłki nożnej. Premier League nie tylko pochłania talenty; pochłania uwagę, szacunek i historyczną legitymację. Klub League One, który przez 15 lat był poza najwyższą klasą rozgrywkową, przybywa do Krakowa i nagle cały piłkarski aparat medialny traktuje go jak głównego bohatera. Wisła zostaje zredukowana do roli dekoracji.
To nie wina Wrexham. Ryan Reynolds i Rob McElhenney zrobili dla tego klubu niezwykłe rzeczy, a ich szczerość nie podlega dyskusji. Ale ekosystem, który ich otacza – zapierające dech w piersiach relacje, przepisywanie historii piłki nożnej, aby angielskie kluby były w centrum każdej historii – wyrządza realne szkody.
Polska piłka nożna nie potrzebuje walidacji Hollywood. Nie musi być „odkryta” przez brytyjskich dziennikarzy, którzy skaczą na spadochronach na 48 godzin. Ma swoje historie, swoich bohaterów i swoją tożsamość. Henryk Reyman – człowiek, który strzelił 117 bramek dla Wisły, a później walczył w Powstaniu Warszawskim – nie potrzebuje Ryana Reynoldsa, by podtrzymywać pamięć o nim.
—
CO NAPRAWDĘ MYŚLĄ KIBICE WIŚŁY
Rozmawiałem z kilkoma grupami kibiców Wisły przed czwartkowym meczem. Ich nastrój to nie gniew. To wyczerpanie.
Są wyczerpani koniecznością tłumaczenia się z własnego klubu osobom z zewnątrz, które przybyły wczoraj. Są wyczerpani sugestią, że są sprzedawczykami, bo akceptują zupełnie normalne partnerstwa komercyjne. Są wyczerpani

Leave a Reply